slothie blog

Twój nowy blog

Mam Go. Mam przy sobie mężczyznę z marzeń. Jest bajkowo, fenomenalnie i magicznie. Pocałunki, trzymanie za rękę, wtulanie. Wszystko jest takie kompletnie oderwane od tej rzeczywistości, towarzyszy mi ciągle stado motyli w brzuchu. Jednak jest coś, co psuje ten idealny obraz. Coś, co zakrzywia. Moje cielsko. Jego ręce niebezpiecznie krążą wokół brzucha i boków, gdy obejmuje mnie w talii, a ja nie chcę, żeby jeszcze czuł, że jestem gruba.
Oprócz tego, jest jeszcze Ona. Nie pozwala mi przy nim jeść, co On zaczyna zauważać i teraz ciągle mnie wypytuje, czy coś jadłam. Narazie nie widzi, jak kłamię jak z nut, ale w końcu się zorientuje, a ja po prostu wstydzę się tego, że mogę chcieć jeść. Ja – ta gruba. Co za masakra. Jak tylko się odchudzę, to ją uśpię, bo… no bo tak.
Schudłam trochę, bo widzę po sobie. Jutro kupię błonnik, dopalę się karnityną, będę ćwiczyć do upadłego, mało jeść, więcej się uczyć i będę bardziej zorganizowana. Będę, będę, będę. Perfekcja w każdym calu!

Czas najwyższy. Od paru dni nie jem w ogóle słodyczy, apetytu ogólnie nie mam i generalne kurczenie żołądka przebiega pomyślnie. Zaczynam powoli wracać do perfekcjonizmu w każdym calu. Organizuję sobie czas, stawiam wyżej poprzeczkę. Muszę znów być bardzo ambitna i dążyć uparcie i nieprzerwanie do swego. Tylko tak mogę wygrać swoje życie.
Jest facet. Pojęcia nie mam, co z tego będzie. Chociaż moje podejście do związków, zobowiązań i tej ogólnej słodyczy jest sceptyczne. Ale jak wytłumaczyć racjonalnie moje rozkojarzenie, ciągłe spóźnianie się i ten permanentny pół uśmiech na twarzy. Co za koszmar.
Jak zwykle skończę swoje przemyślenia, bo muszę się wyspać chociaż raz.
Życie jest dziwne.

~

3 komentarzy

Kolejne dni upływają mi na obiecankach-cacankach, że od jutra będę więcej tego, tamtego no i że zacznę wreszcie robić coś konstruktywnego w kierunku polepszenia wyglądu swojego ciała. Zatęskniło mi się za czasami, w których żywiłam się oszczędnie i wszystko było takie uporządkowane. Nie było mowy o lenistwie, olewaniu, o niczym. Nie było też pustych słów, były tylko czyny.
Jakoś tak wszystko bezpłciowo się toczy, tłuszcz faluje, a ja się tylko wkurzam, że nie mam wystarczająco silnej woli, żeby zmienić siebie. Ferie są dla mnie granicą, później zadbam o piękny umysł i piękną nową siebie. Żeby tylko nie było to słomianym „zacznę od poniedziałku”…

…bo tego nie wiesz nawet sama Ty.

Cóż, znów zaczęła się szkoła i po raz kolejny doszłam do wniosku, że gdy byłam bardziej żądna perfekcji, zdyscyplinowana i w ogóle, to wszystko jakoś samo lepiej się układało. Nauka, porządek w pokoju, trzymanie się ścisłego harmonogramu no i główny sprawca tego ładu – surowa dieta i ćwiczenia. Im bardziej jestem zdyscyplinowana, tym do większych rzeczy potrafię dojść. Przerobić ogromną książkę w tydzień? Rozwiązać setki zadań? Tak zwane no problemo. Święta uważam za totalnie zmarnowane. Miałam zmiażdżyć się zbiorami z chemii, a nie zrobiłam kompletnie nic. Złożyłam obietnicę i nie dotrzymałam słowa. To chyba najgorsze, co człowiek może sobie samemu wyrządzić. Bo jeśli nie traktujemy siebie i swoich słów poważnie, to jak ma wyglądać nasze życie? Jaka jest jego jakość? Jeszcze mniej przyjemnie jest, gdy sami się oszukujemy. Ja np. boję się od 4 miesięcy wejść na wagę. Paranoja.
Chyba skończę ten wywód, bo sam Hamlet powiedział:

Umrzeć – zasnąć -
I na tym koniec. – Gdybyśmy wiedzieli,
Że raz zasnąwszy, zakończym na zawsze
Boleści serca i owe tysiączne
Właściwe naszej naturze wstrząśnienia,
Kres taki byłby celem na tej ziemi
Najpożądańszym.

.

Każdy ma swój tymczasowo uśpiony wulkan. Może nim być absolutnie wszystko, ważne tylko, by siedziało w nas, było niebezpieczne i nieobliczalne. Często w biegu codziennych spraw zapominamy nawet, że kiedyś smagał nas on palącym ogniem. Jeszcze częściej wydaje się nam, że na zawsze zażegnaliśmy jego obecność. Jej obecność… Cichego, pozornie niewinnego głosiku, który wytrwale sączył jad do każdej części zbyt pokaźnego ciała. „Gruba; nie żryj; świnia; zdychaj”. Można jej nie słuchać, ale nie można się jej pozbyć na zawsze. Odciska swoje piętno na każdym, kto choć raz będzie z nią obcował zbyt blisko. Co więcej, będzie chciała wrócić.
 Witaj, A. Długo spałaś…

.

5 komentarzy

Ok, znów długo nie pisałam. Właściwie to dlatego, że szkoda mi marnować znaków na „oj, znów mi się nie udało”. Bo mi się nie udaje, zawalam sprawę totalnie, na całej linii. Zaczęłam chodzić dwa razy w tygodniu na siłownię na bieżnię. Ale co z tego, skoro potrafię podżerać bitą śmietanę łyżeczką (no ileż może mieć taka maleńka łyżeczuńka – jak widać w…), jeść po widelczyku i gryziku niektórych rzeczy. Nienawidzę siebie za to…
Wszystko jest takie… dziwne. Nie wiem, co się stało z moją silną wolą. Chyba szlag ją trafił, ale bez niej szlag trafi MNIE. Mam już dośc tych pogardliwych spojrzeń, komenatrzy w typie „chyba nie zmieścisz się w moją bluzę” i że osoby przy kości, co jest dla mnie kurde śmieszne, też mogą wyglądać dobrze. Szczególnie, jak mówi to moja baaardzo szczupła przyjaciółka, więc można to uznać za zajebistą hipokryzję. W ogóle czuję się jak tłusty, krowi placek. Do świąt muszę schudnąć, nie wiem jak to zrobię.
Ach, byłabym zapomniała. Już dwie osoby pytały mnie, co oznacza mój czerwony sznureczek na nadgarstku. Tzn. jedna z nich, moja przyjaciółka spytała mnie, czy wiem, że to symbol ruchu pro-ana. Oczywiście odpowiedziałam „taaak, serio? to tylko sznureczek”. No, a druga podejrzliwa pytała czy to aby na pewno nic nie oznacza. Bożee, chciałabym, żeby moją przynależność do tego ruchu ukazywała moja niska waga, a nie tylko czerwony sznureczek i wielka chęć schudnięcia…
Kiedyś, kiedyś wejdę na szczyt. Wierzę w to.
Pozdrawiam moje Motyki:*

Przepraszam, że tak długo nie pisałam. Właściwie, to nawet nie wiem jak to wytłumaczyć. Miałam gotową nawet długą notkę w pierwszym tygodniu stycznia, ale zwiesił mi się komputer i już jej nie pisałam po raz drugi. No, a później to tak się zbierałam i zbierałam…
W każdym razie wróciłam z białej szkoły, na której nie jadłam w ogóle słodyczy, posiłki minimalne i w dodatku wszystko spalałam jeżdżąc na desce. No i mama powiedziała, że schudłam, bo się głodziłam. Mamo, naprawdę głupio mi przyznać Ci rację… Z kolei mój najlepszy przyjaciel parę razy poruszał kwestię mojego odżywiania się, ale on chyba wie, że zawsze będę zaprzeczać, więc przestał.
Wiecie co? Ja nawet wstydzę się tego, że mogę być głodna, że coś mogę jeść… A z drugiej strony, jak ktoś się mnie pyta o to, czy się odchudzam, to automatycznie odpowiadam, że nie. Bo dość mam słuchania tego kłamliwego „nie musisz tego robić, wyglądasz super!”. Najgorszą rzeczą jest to, że mówią tak moi najbliżsi przyjaciele, którzy nie powinni kłamać….
Teraz mam ferie. Dwa tygodnie na… jak najwięcej kilogramów się da.
Chyba się zauroczyłam…. Ale dopóki nie schudnę, to nie mam szans. To chyba niezła motywacja. Znów straciłam wenę do pisania, więc może wystarczy na dziś.
Buzi dla WSZYSTKICH Motylków i przede wszystkim dla Emaciated (dzięki za troskę) :*

~

6 komentarzy

Cóż.. Wigilię klasową mam już za sobą. Udało mi się zjeść tylko jedno uszko, 3 łyżki sałatki (bez sosu) i wypić 2 szklanki soku z czarnej porzeczki. Mimo to później w domu musiałam wpieprzyć pasek czekolady. REWELACJA. Boże, jak zwykle jestem dumna ze swojej zajebiście silnej woli no i oczywiście swoich cholernych 56 k i zwisających z każdego miejsca na moim ciele fałd tłuszczu. Super wspaniale. Podobno w atmosferze da się czuć magię świąt i w ogóle jakąś miłość ogólną. Niestety, ja nienawidzę siebie jeszcze bardziej niż zwykle (może na tym polega ta magia…). Na dzień dobry jeszcze dzisiaj musiałam się wpienić, bo zobaczyłam swoje fenomenalnie tłuste, grube cielsko. Mam ochotę klnąć, ale powstrzymuje mnie moja zasada, że w języku pisemnym tego nie będę robić. Jak robię to pod nosem, to jakoś mnie to bardziej uspokaja.
Hm Święta za pasem, oby tylko nie w pasie. Plan na poniedziałek już mam. Zasymuluję rano i popołudniu wymioty, jakieś bóle brzucha i wigilijną ucztę będę mieć z głowy. Zjem tylko barszyk z uszkami i na tym koniec. A jak włożę coś jeszcze do tej głupiej mordy, a w szczególności jakieś ciasto czy coś, to wyciągnę sobie jelita i zaszyje usta…
Wytrwajmy Motylki ten świąteczny czas. Wesołych i chudych:*

:(

1 komentarz

Wspaniale. Mama mi powiedziała, że się upasłam. Kończę z przeżuwaniem i w ogóle z bliższym kontaktem z jedzeniem. Nie miałam pojęcia, że od takiego „żucia i wypluwania” się tyje. Jestem załamana. Skoro już mama stwierdziła, że jestem gruba, to oznacza naprawdę poważny stan. Jeszcze mieszczę swoje grube, ohydne dupsko w rozmiar 27, ale i tak BOKI wystają. Co ja mam robić? Jak mam przezwyciężyć chęć na te gówniane, kaloryczne węglowodany, pozornie osładzające życie? Co z tego, że je wypluwam, skoro jakimś cudem dostają się one do wnętrza komórek tłuszczowych w moim tyłku i brzuchu? :( NIENAWIDZĘ SIEBIE do szpiku kośći. Za to, że jestem gruba, nieinteligentna i że brak mi silnej woli…
:* dla Motylków.

* Emaciated, razem raźniej. Damy radę, prawda?…

Co jest?

3 komentarzy

Czemu panel administracyjny na blogu jest teraz taki krzywy? W ogóle nie umiem z tego korzystać. Przynajmniej na chwilę obecną. A jak piszę notkę to mi się literki ścinają. Ależ ja narzekam…:)
Dziś po raz kolejny wyrolowałam mamę odnośnie obiadu. „Zjem później”, to najskuteczniejsza wymówka. Pewnie wkrótce przestanie działać, ale do tego czasu zaoszczędzę mnóstwo kalorii. Dziś z impetem wsunęłam mały talerzyk sałatki z marchewki i ananasa, bo podobno ananaski przyśpieszają metabolizm i w ogóle powinno się je jeść przy odchudzaniu (albo, jak kto woli – jeść przy niejedzeniu).
Wreszcie przysypało śniegiem, może w przyszłą sobotę wyskoczę na deskę spalić mnóstwo kalorii:D A jak nie, to będę sprzątać, piec i w ogóle robić różne rzeczy, przy których można nieświadomie spalić nieco tego dziadaństwa…
Kupiłam sobie rurki, wbrew wcześniejszym założeniom, że mogę je kupić tylko w rozmiarze 26. Niestety jest 27 i w dodatku wystają mi boki, ale to była konieczność, bo już totalnie nie miałam w co odziać tego tłustego zadka.
Znów upiekłam ciasto. Nawet dwa, bo jeszcze bezy. Mój brat stwierdził, że jestem jak baba jaga z „Jasia i Małgosi”, bo we wszystkich wręcz wpycham łakocie. W sumie, to dzięki temu też chudnę, bo inni tyją. Najbardziej lubię, gdy tyją chudsze ode mnie koleżanki. To wredne, ale wtedy jestem taka zadowolona.
Ułożyłam sobie idealny plan głodowania na styczeń, bo mam 3 tygodnie ferii. Nie będę jeść. Nikt mnie nie zmusi. Do końca grudnia też oczywiście absolutne ograniczanie. Ale wiecie, chodzi o to, żebym po tych feriach wparowała do szkoły taka lekka, śliczna. Najlepiej o 10 kg chudsza. To raczej nieprawdopodobne, ale co najmniej 5 kg musi do tego czasu zniknąć. Wtedy te kolejne 5 będzie łatwiejsze. Mówią przecież, że najtrudniejszy pierwszy krok. W moim przypadku najtrudniejszy pierwszy kilogram. Chociaż nie… Pierwsze pięć. Ale dam radę. To nie jest trudne. Wystarczy tylko chcieć chudnąć i nie chcieć jeść.
Buzi dla Was, moje Motylki:*


  • RSS